07 sierpnia 2022

ROZDZIAŁ 7: PIĆ, BY ZAPOMNIEĆ

 

Susanne nie mogła uwierzyć, że trafiła na jakąś tandetną imprezę urodzinową. W myślach przeklinała Dumbledore’a, który nie ostrzegł jej przed tym co tu się działo. Była pewna, że poznał ją na tyle, aby wiedzieć, że nie będzie chciała w tym uczestniczyć, a starzec zakpił sobie z niej na koniec życząc jej dobrej zabawy. Chciała po cichu przemknąć przez pomieszczenie nie zwracając na siebie uwagi, ale gdy tylko wyszła z kominka wszyscy momentalnie odwrócili się w jej stronę.

- Ooo Susanne, może do nas dołączysz? Mamy tutaj małą uroczystość. Świętujemy urodziny Harry’ego – odezwała się po chwili ciszy pani Weasley. Susanne zawsze zastanawiało zachowanie tej kobiety względem niej. Z jednej strony była dla niej miła, zresztą jak dla każdego, chyba nie umiała inaczej. Z drugiej strony Susanne wyczuwała bijący od niej dystans. Domyślała się, że jest on spowodowany zachowaniem jej ojca, ale nie mogła wyczuć czy Molly Weasley odczuwała względem jej ojca strach, czy raczej nienawiść.

- Dziękuję, ale mam ciekawsze zajęcia – odpowiedziała swoim zwyczajowo zimnym głosem. Nie czekając na nic więcej wyszła z salonu i zaszyła się w laboratorium. Gdy się tam znalazła od razu podeszła do stanowiska, na którym stał kociołek z zabezpieczonym eliksirem. Ściągnęła zaklęcie zabezpieczające z zaczętego eliksiru tojadowego. Zostało jeszcze pięć dni do pełni i właśnie dzisiaj eliksir wchodził w fazę intensywnego warzenia. Eliksir ten musi warzyć się przez wszystkie fazy księżyca, dlatego tak uciążliwe jest regularne dostarczanie tego wywaru osobie chorej na likantropie. Nie można było stworzyć większej ilości, ponieważ eliksir tracił swoje właściwości po pełni księżyca. Dlatego właśnie jej ojciec zawsze miał osobne stanowisko w swoim laboratorium, w którym nieustannie tworzył ten eliksir dla Lupina. Teraz gdy jej ojca nie było ona postanowiła przejąć to zadanie. W tej chwili nad kociołkiem unosiła się delikatna szara mgiełka, która pod koniec warzenia miała przyjąć formę niebieskiego dymu. Najważniejszym składnikiem wywaru był tojad, w tym przypadku używane są wszystkie części tej rośliny, zarówno korzeń, kwiaty, jak i liście, które były silnie toksyczne. Korzeń pocięty na pół calowe równe kawałki był używany już od pierwszej fazy ważenia. Teraz nadszedł ten moment, w którym  trzeba było dodać liście. Musiała mocno się skupić i bardzo uważać ze względu na ich toksyczność. Jednocześnie z liśćmi tojadu musiała dodać jeden bezoar, który miał zniwelować te toksyczne właściwości. Zanim jednak miała to zrobić musiała wszystko przygotować. Wyjęła dokładnie trzy malutkie listki ze specjalnie zabezpieczonego pojemniczka używając do tego szczypców ze szczerego złota, które nie reagowały ze związkami zawartymi w liściach tojadu. Zawiesiła je różdżką w powietrzu nad kociołkiem, tak samo postąpiła z bezoarem. Teraz musiała podgrzać wywar dokładnie do 48 stopni. Gdy jej się to udało spojrzała przelotnie na zegar wiszący na ścianie i różdżką przeniosła liście i bezoar do kociołka. Teraz miało minąć dokładnie trzy minuty, po których liście powinny się rozpuścić, a ona miała zamieszać eliksir trzy razy w lewo i trzy razy w prawo i wyjąć bezoar. Uważnie pilnowała zegara i kontrolowała poziom rozpuszczenia się liści. Gdy zbliżał się odpowiedni czas chwyciła za odpowiednie narzędzia, aby być gotową. Wreszcie zamieszała odpowiednio eliksir i uśmiechnęła się z dumą. To był najbardziej drażliwy moment, ponieważ gdyby się okazało, że liście nie rozpuściły się całkowicie w ciągu tych trzech minut wywar byłby bezużyteczny. Potem wyjęła bezoar i kontynuowała pracę. – Pięć kropli smoczej krwi oraz pięć kropli krwi salamandry zmieszać ze sobą – zaczęła mruczeć pod nosem. – Wlać do wywaru i zamieszać pięć razy w lewą stronę. Dodać jeden sproszkowany róg jednorożca. Zmniejszyć temperaturę do 23 stopni i nad kociołkiem powinien pojawić się szary dym unoszący się w postaci spirali. I jest! – dodała nieco głośniej zadowolona z siebie. Wiedziała, że to jest też jedyny moment, kiedy mogła nieco poprawić smak tej mikstury. Jej ojciec nigdy nie tolerował poprawiania smaku jakichkolwiek wywarów, gdyż twierdził, że jest to niepotrzebne. Eliksiry nie mają smakować, tylko pomagać. Nawet teraz potrafiła sobie wyobrazić jego głęboki, ale sarkastyczny głos mówiący jej to zdanie. Wiedziała, że dodatek cukru zniszczy właściwości wywaru, ale za to dodanie odpowiedniej ilości mieszanki ziół zawierającej miętę i lawendę w tej fazie warzenia nieco złagodzi obrzydliwy smak. Dlatego też przygotowała starannie mieszankę ziołową i dodała ją do eliksiru. Na dzisiaj był to koniec jej pracy nad tym konkretnym eliksirem. Za dokładnie 24 godziny miała dodać posiekane nóżki pająka oraz sproszkowany kamień księżycowy. Następnie przez dwie doby co 8 godzin należało dodawać po jednym kwiecie tojadu. Wraz z ostatnim dodając walerianę i żółć pancernika, która właśnie nadawała temu wywarowi tak okropny smak. Przez ostatnią dobę wywar musiał leżakować w temperaturze 37 stopni. Po czym wreszcie miał być gotowy do spożycia. Teraz postanowiła popracować nad innymi wywarami. Eliksirów przeciwbólowych, pocruciatusowych, czy wzmacniających w siedzibie Zakonu Feniksa nigdy nie było za mało. Przeniosła się na inne stanowisko i przygotowała je. Odpowiednie przygotowanie stanowiska to połowa sukcesu. Była to kolejna zasada, którą ojciec często jej powtarzał. Pracowała tak w ciszy przez kolejne kilka godzin, gdy nagle gwałtownie otworzyły się drzwi. Przestraszyła się i zamiast dodać trzy krople soku z ciemiernika dała ich prawie dziesięć. Eliksir natychmiastowo zaczął kipieć i Susanne już wiedziała, że zaraz wybuchnie. Dlatego odsunęła się i znalazła się przy wyjściu, w którym przed chwilą pojawił się jej współlokator.

- Potter! Do jasnej cholery! Czy ty musisz tu wbiegać jak na boisko Quidditcha?! To jest laboratorium! – zaczęła krzyczeć na chłopaka wściekła, gdy eliksir uspokajający wybuchał.

- O co ci chodzi tylko tu wszedłem? Przecież nie wiedziałem, że tu jesteś! – Harry zaczął się bronić.

- Wlazłeś tu jak stado hipogryfów! A to jest laboratorium. Tu panuje cisza i spokój!

- Jak bym gdzieś już to słyszał – prychnął oburzony chłopak mając na myśli lekcje eliksirów. Chciał tylko zwiedzić to miejsce skoro miał tu spędzić kolejny miesiąc. Kiedy był tu ostatnim razem raczej nie skupiał się na poznaniu tajemnic tego domu. Jednak teraz kiedy był jego właścicielem to się zmieniło. Ten fakt nadal sprawiał mu ból, z resztą w tym domu odczuwał go dużo bardziej niż przez ostatni rok. Na szczęście, albo raczej nieszczęście, to całe zamieszanie z córką Snape’a mieszkającą tu razem z nim często skutecznie odciągało jego myśli od Syriusza. Tak jak właśnie teraz.

- To szkoda, że nie słuchałeś, kiedy ci to mówiono! Co ty tu w ogóle robisz?! – zapytała podniesionym głosem.

- Może jeszcze zabronisz mi chodzić po moim domu! – Pierwszy raz głośno przyznał się do tego i to sprawiło, że coś go zakuło.

- Rób sobie co chcesz, tylko mi nie przeszkadzaj! – warknęła. – A teraz daj mi spokój muszę tu posprzątać! – Odwróciła się do niego plecami i zaczęła machać różdżką sprawiając, że laboratorium zaczęło wyglądać tak jak powinno. Czysto i sterylnie. Harry stwierdził, że ciśnienie już mu się wystarczająco podniosło, więc po cichu wyszedł z królestwa dziewczyny.

Tak właśnie dwójka nastolatków spędzała swoje dni. Susanne całe dnie siedziała w laboratorium i pracowała nad różnorodnymi eliksirami. Pracowała i wspominała. Laboratorium to było miejsce, w którym bardzo często przebywała razem z ojcem. Z reguły właśnie w ten sposób spędzali razem swój wolny czas. Pamiętała te spokojne popołudnia, w trakcie których ojciec uczył ją swojego fachu. To były przyjemne chwile, kiedy to Severus Snape był zawsze rozluźniony i czasem nawet uśmiechał się do niej z czułością. Widziała to w jego oczach, ponieważ jego twarz zawsze była poważna, wręcz surowa, ale jego oczy nigdy jej nie okłamywały. I to właśnie doceniała w swoim ojcu. Zawsze był sobą, ale przy niej nie utrzymywał emocjonalnej tarczy. Susanne choć nie zdawała sobie z tego sprawy bardzo przypominała w tym swojego ojca.

Harry natomiast kręcił się po domu i szukał pamiątek po swoim ojcu chrzestnym. Najwięcej jego osobistych rzeczy znalazł w sypialni, którą teraz sam zajmował. Najważniejszą pamiątką, którą znalazł w szafce nocnej był album w pełni wypełniony zdjęciami z dzieciństwa i młodości Syriusza Blacka. W tych z dzieciństwa przeważały zdjęcia, w których Harry poznał małego Syriusza z młodszym od niego chłopcem. Byli tak podobni do siebie, że Harry był stuprocentowo pewny, że był to Regulus, jego młodszy brat. Jako chłopcy wydawali się zgranym rodzeństwem, choć Harry wiedział, że potem wiele się popsuło w ich relacji. Z oczywistych względów dla Harry’ego największą wartość miały zdjęcia z Hogwartu. Dzięki tym zdjęciom mógł bliżej poznać historię zarówno swojego ojca chrzestnego, jak i rodziców, i ich przyjaciół. Na wielu z nich widać było jak czwórka Huncwotów planowała i realizowała swoje dowcipy. Przy nich były dokładne opisy tych żartów spisane przez Syriusza, przy których Harry’emu poprawiał się humor. Często bolał go, aż brzuch ze śmiechu. Oprócz przeglądania pamiątek po Syriuszu, Harry’emu czas zajmowali przyjaciele. Byli na Grimmauld Place niemal codziennie, zawsze przynosząc ze sobą zapasy jedzenia od pani Weasley, która była pewna, że bez tego umrą śmiercią głodową. Harry właściwie nie narzekał, bo uwielbiał kuchnię matki swojego przyjaciela. Ron i Hermiona czasem odwiedzali go sami, czasem razem z Ginny, która nie była zadowolona, kiedy ich rozmowy schodziły na współlokatorkę Harry’ego. Wyraźnie jej nie lubiła. Czasem też wpadali bliźniacy, którzy przynosili ze sobą sporą dawkę dobrego humoru.

Tak więc Susanne i Harry rzadko się spotykali, chociaż mieszkali w jednym domu. Zajęli nawet sypialnie na innych piętrach. I żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Omijali się szerokim łukiem i byli całkowicie z tego zadowoleni. Kilka dni po swoich urodzinach, Harry, po całym dniu przeglądaniu rzeczy z kufra Syriusza, stwierdził, że czas najwyższy coś zjeść. Zszedł do kuchni, gdzie jak wiedział była jeszcze reszta zapiekanki od pani Weasley z wczoraj, jednak zawahał się gdy na miejscu ujrzał czarnowłosą dziewczynę, która piła coś parującego w dużym kubku i patrzyła pustym wzrokiem w przestrzeń. W całym pomieszczeniu unosił się przyjemny aromat czarnej kawy.

- Wchodź. Przecież cię nie zjem – oznajmiła kiedy zobaczyła jak się zawahał. – W końcu to twój dom – stwierdziła sarkastycznie. Harry stwierdził, że chyba nie miała zamiaru ponownie się odzywać, gdyż jej wzrok ponownie stał się pusty, a ona spokojnie popijała kawę, więc nawet nie zareagował na jej słowa. Spokojnie podgrzał sobie kolacje i usiadł przy stole na przeciwko dziewczyny. Gdy kończył posiłek Susanne jakby się ocknęła i teraz patrzyła wprost na niego, więc postanowił ją zagaić.

- Kawa?

- Tak Potter, to jest kawa – odpowiedziała mu sarkastycznie. – Pijam ją codziennie, jeśli tak cię to interesuje.

- O tej porze?

- Kawa o każdej porze jest dobra – prychnęła. – Chcesz coś ode mnie czy cierpisz na brak towarzystwa, z powodu wyjątkowego braku twojej świty dzisiaj.

- Zastanawiałem się czemu tak patrzyłaś na mnie. A skąd wiesz, że moi przyjaciele – podkreślił – przychodzą do mnie codziennie?

- Trudno nie usłyszeć stada niewyżytych Gryfonów, którzy zachowują się jak na boisku Quidditcha.

- Co ty masz do Quidditcha? Już drugi raz wspominasz o nim, gdy narzekasz na hałas. Zupełnie bezpodstawnie zresztą, bo wcale nie zachowujemy się tak głośno.

- No, no Potter, widzę, że się wyrabiasz – prychnęła. Jednak po chwili zerwała się z krzesła chwytając się za coś co miała pod bluzką. – Wybacz, ale mam ważniejsze rzeczy na głowie niż jałowe pogawędki o niczym. – Zniknęła mu z oczu tak szybko, że nawet nie zdążył jej odpowiedzieć. Nie wiedział co o tym sądzić, ale miał pewne podejrzenia. Miał wrażenie, że to Voldemort ją do siebie wezwał. Dumbledore wspominał mu, że dziewczyna nie ma jeszcze Mrocznego Znaku, jednak Harry domyślił się, że czarnoksiężnik znalazł jakiś sposób, aby wzywać ją do siebie. Skrzywił się z obrzydzeniem. W tym momencie usłyszał z salonu podniesione głosy swoich przyjaciół. Czyli jednak nie będzie musiał się nudzić przez cały wieczór.

Susanne, tak jak zresztą przypuszczał Harry, właśnie klękała przed Czarnym Panem. Tym razem była z nim sam na sam. Czyli prawdopodobnie czekała ją kolejna lekcja.

- Masz coś dla mnie o Potterze? – zapytał ją od razu.

- Panie, tak naprawdę nic ciekawego nie mogę ci powiedzieć. Potter całymi dniami kręci się po domu, przeglądając wszystko co może. Codziennie odwiedzają go ci zdrajcy krwi i szlama. Spędzają razem czas, ale nie robią niczego podejrzanego. Dumbledore – to nazwisko wypluła z odrazą – nie pojawił się od przeniesienia ani razu, więc nie wiem czy utrzymują jakiś kontakt.

- I tylko tyle masz mi do powiedzenia? – warknął swoim syczącym głosem Voldemort.

- Panie, ale Potter naprawdę nie robi nic co miało by cię zainteresować.

- Masz się do niego zbliżyć, tak żeby wiedzieć o wszystkim – wysyczał. – Crucio! – Zaklęcie znalazło na niej swój cel. Na szczęście nie było ono długie i szybko mogła się po nim pozbierać ponownie stając dumnie przed swoim panem. – Przejdźmy do naszej dzisiejszej lekcji – oznajmił, po czym dotknął swojego Mrocznego Znaku, przywołując do siebie jednego ze swoich śmierciożerców. Gdy w pomieszczeniu znalazł się Goyle Senior Czarny Pan nie zwrócił na niego nawet najmniejszej uwagi. Za to intensywnie przyglądał się swojej podopiecznej. – Chciałbym abyś poznała zaklęcie Sectumsempra. – Gdy Susanne to usłyszała przełknęła niepewnie ślinę. Znała tę klątwę. Nie wiedziała tylko po co im był tu Goyle.

- Panie, tę klątwę wymyślił mój ojciec. Znam ją i potrafię jej użyć.

- O proszę, Severus, rzeczywiście szykował cię na mojego śmierciożercę – uśmiechnął się z drwiną. – W takim razie masz cel, chcę zobaczyć efekt tej klątwy.

- Ale panie, przecież ta klątwa zabija – oznajmiła lekko drżącym głosem. Szybko jednak przełknęła ślinę, aby pozbyć się tego drżenia.

- Śmiesz mi się sprzeciwiać?

- Nie! Ale Panie…

- A więc do dzieła – przerwał jej. Susanne jeszcze tylko chwilę myślała co zrobić jednak szybko uniosła różdżkę pod ponaglającym spojrzeniem Czarnego Pana. W oczach Goyle’a widziała strach i nadzieję, że jej się nie uda. Mężczyzna wiedział, że jeśli zaprotestuje to Czarny Pan zabije go za nieposłuszeństwo. A tak miał chociaż nadzieję, że ta dziewczyna tylko przechwalała się swoimi umiejętnościami. Susanne odetchnęła głęboko i machnęła różdżką bezgłośnie, wysyłając w śmierciożercę czarnomagiczną klątwę. Wiedziała, że jej się uda, ale gdy zobaczyła pojawiające się natychmiastowo rozcięcia na ciele tego człowieka zamurowało ją. Czarny Pan roześmiał się z aprobatą nadal ją obserwując. Ona jednak postanowiła dalej działać. Skoro potrafiła rzucać taką klątwę, to musiała też znać przeciwzaklęcie. Klęknęła przy wykrwawiającym się mężczyźnie i wyciągnęła nad nim różdżkę.

- Vulnera Sanentur – wypowiedziała cichym, ale spokojnym głosem. Wiedziała, że musi powtórzyć to zaklęcie trzykrotnie, aby w pełni zadziałało na skutki poprzedniej klątwy. Gdy skończyła, rany Goyle’a zasklepiały się, a jego skóra zaczęła odzyskiwać odpowiednie kolory. Gdy już wiedziała, że nic nie grozi Śmierciożercy wstała i stanęła przed Czarnym Panem, który jak dostrzegła obserwował ją uważnie.

- Dlaczego to zrobiłaś – zapytał swoim złowrogim głosem.

- Ponieważ kazałeś mi, Panie umiejętnie rzucić klątwę Sectumsempra, a nie zabijać swojego sługę.

- Jestem z ciebie zadowolony, Susanne. Możesz wyjść – oznajmił, a ona szybko ruszyła w stronę wyjścia. Zanim wyszła usłyszała jeszcze, że Czarnoksiężnik przywołał do siebie skrzata domowego, i kazał mu posprzątać ten bałagan wskazując na nieprzytomnego Goyle’a.

Sama nie wiedziała jakim sposobem, ale udało jej się teleportować. Znalazła się w salonie na Grimmauld Place. Dłonie trzęsły jej się jak u alkoholika. Krążyła po pomieszczeniu nie wiedząc co robić. Nie miała zamiaru iść do Dumbledore’a, bo wiedziała, że nic ważnego nie ma mu do przekazania, a jej lekcje u Czarnego Pana były jej sprawą i tylko jej. Próbowała się uspokoić, ale nadal w głowie miała obraz Goyle’a leżącego na posadzce, całego we krwi. Ona to zrobiła. Pokaleczyła człowieka, niemal zabiła. Nie mogła się uspokoić. Przed Czarnym Panem jeszcze jakoś zachowywała pozory, ale teraz wszystko puściło. Próbowała oklumencji, która zwykle pomagała jej w opanowywaniu się, jednak teraz nawet to ją zawiodło. I nagle do głowy wpadł jej pomysł, który już raz tego lata zrealizowała. Alkohol. Było jedno miejsce, gdzie mogła znaleźć jego duże ilości bez zbędnych pytań. Spinner’e End. Wiedziała, że nie może się teleportować, była tak rozdygotana, że stuprocentowo skończyłoby się to rozszczepieniem. Dlatego od razu podbiegła do kominka i chwyciła gwałtownym ruchem za pojemnik leżący na nim, w którym znajdował się proszek Fiuu. Przez przypadek przy okazji potrąciła wazon, który rozbił się u jej stóp z dużym hałasem jednak nie przejęła się nim w ogóle. Pojemnik, a właściwie srebrna szkatuła z proszkiem Fiuu, była zabezpieczona wytwornym zamkiem w kształcie węża, z którym nie mogła sobie poradzić. Wiedziała, że gdyby nie trzęsące się dłonie, szybko by się z tym uwinęła. Dlatego ze złości zaczęła kląć pod nosem. W tym stanie zastał ją Harry, zwabiony zrobionym przez nią hałasem.

- Co tu się dzieje? Coś się stało? – dostrzegają stan w jakim znajdowała się dziewczyna.

- Nie interesuj się Potter, tym co cię nie dotyczy – warknęła ze złością. – No cholera jasna! – wykrzyknęła gdy szkatułka wypadła jej z rąk. Potter podszedł do niej szybkim krokiem i podniósł naczynie.

- Hej spokojnie. Jeśli chcesz to ci pomogę tylko powiedz gdzie ty chcesz iść w tym stanie – powiedział jednocześnie je otwierając.

- Potter, czy ty choć raz nie możesz dać mi spokoju! Jeśli jednak nie możesz zaspokoić swojej ciekawości to wiedz, że potrzebuję dostać się do swojego domu!

- Ale po co?

- Do kurwy nędzy po alkohol! – wykrzyknęła tracąc cierpliwość. Harry pierwszy raz ją taką widział. Zawsze była opanowana, co jego niezmiernie wkurzało.

- Jeśli potrzebujesz się napić, to nie musisz się przenosić do swojego domu. Tu na miejscu też możesz to zrobić.

- Co? – zbił ją z tropu tym stwierdzeniem, co spowodowało, że przestała krzyczeć.

- W lochach koło laboratorium jest piwniczka – wyjaśnił spokojnie. – Sądziłem, że o niej wiesz skoro przesiadujesz tam całymi dniami.

- Nie wiem – prychnęła i wyminęła go chcąc ruszyć do lochów.

- Czekaj – zatrzymał ją. – Z tymi trzęsącymi się rękami raczej nic nie doniesiesz. Ja pójdę. – Susanne na te słowa uniosła brwi do góry w geście zdziwienia, ale nie oponowała. Nie miała już na nic siły, dlatego przyjęła jego pomoc.

- Tylko weź dużo i mocne – wykrzyknęła zanim wyszedł.

Harry zastanawiał się co doprowadziło dziewczynę do takiego stanu, ale wiedział, że ona mu nic nie powie. Sam przez chwilę zastanawiał się czy skorzysta z zapasów z piwniczki i doszedł do wniosku, że to nie jest zły pomysł. Był to kolejny sposób by zapomnieć o tym ponurym miejscu i jego poprzednim właścicielu. Choć przeglądanie pamiątek po Syriuszu przynosiło mu dużo otuchy to przebywanie w tym domu sprawiało, że cały czas miał wrażenie, że ujrzy tu Syriusza całego i zdrowego. Zawsze jednak po tym jak nachodziły go te myśli to przed oczami pojawiał się wielki kamienny łuk z zasłoną i moment, w którym Syriusz umierał. Cały czas za nim tęsknił. Otrząsnął się z tych myśli, kiedy znalazł się w piwniczce. Na jednej z wyższych półek dojrzał spory zapas Ognistej Whisky. Próbował jej pierwszy raz niedawno, w trakcie swoich siedemnastych urodzin, wtedy niekoniecznie mu posmakowała. Ale chyba to było to co podchodziło pod definicje dużo i mocne, a także nadawało się jak najbardziej by zapomnieć. Wylewitował kilka butelek i poszedł z powrotem na górę. W salonie zastał Susanne, która całkowicie bez sił siedziała na kanapie. Na kolanach opierała łokcie i chowała twarz w dłoniach. W jej długich, czarnych włosach odbijały się płomienie z kominka. Z cichym brzdękiem odstawił butelki na niski stolik przy którym siedziała. Wtedy ona zwróciła na niego uwagę. Popatrzyła tak jakby nie wierzyła, że rzeczywiście wróci tutaj z alkoholem. Bez słowa wyczarowała dwie szklanki, jedną od razu uzupełniając płynem. Oparła się wygodnie o oparcie kanapy wpatrując się w ogień. Nie miała zamiaru się odzywać do chłopaka, pytać czy dołączy, czy też chociażby dziękować za przyniesienie trunków. Jemu pozostawiła decyzję, czy zostanie tu, czy pójdzie sobie w diabły. Choć miała nadzieję, że wybierze drugą opcje. Jednak Harry napełnił drugą szklankę i usiadł na drugim końcu kanapy. Przybrał podobną do niej pozę i tak siedzieli w ciszy, raz po raz napełniając szkło. Gdy skończyli pierwszą butelkę Harry zapewne napędzany alkoholem, który dodał mu odwagi odezwał się.

- Powiesz co się stało?

- A ty powiesz mi czemu siedzisz tu koło mnie z zamiarem zalania się w trupa, zamiast robić cokolwiek co cię tam interesuje, a przynajmniej cokolwiek z dala ode mnie? No właśnie  - odpowiedziała sobie nie czekając na jego odpowiedź. Wiedziała że się jej nie zwierzy, tak jak ona nie miała zamiaru zwierzać się jemu. Jednak postanowiła pociągnąć tą rozmowę. Potrzebowała czegoś co odciągnie jej myśli, a będąc już pod wpływem uznała, że cywilizowana rozmowa z Potterem jest możliwa. – Wytłumaczysz mi jakim cholernym sposobem to gniazdo Ślizgonów, jest w twoim posiadaniu? – zapytała, a on aż spojrzał na nią zdziwiony. Był pewien, że nic więcej nie powie, a tu sama z siebie rozpoczyna rozmowę.

- Mój ojciec chrzestny przepisał mi ten dom w testamencie. Po śmierci Syriusza dom należy do mnie – dodał gorzko. Chciał o tym właśnie zapomnieć, a ona właśnie teraz postanowiła dręczyć go tym tematem.

- Syriusz? Syriusz Black? On był twoim ojcem chrzestnym? Ten kundel?- Za późno uświadomiła sobie, że popełniła błąd. Gdy tylko skończyła mówić on zerwał się z kanapy przewracając otwartą butelkę na dywan.

- Kim ty jesteś, żeby obrażać człowieka, którego nie znałaś! No tak pewnie ojczulek ci naopowiadał ci historie o tym jaki to on był biedny przez Huncowtów! Być może kiedyś popełniali błędy, ale potem się zmienili! Nie zostali nic nie wartymi śmierciożercami jak on. Dla mnie Syriusz był wspaniałym człowiekiem!

- Uspokój się! – krzyknęła na niego. – Sorry, nie powinnam tak o nim mówić, ale jak sam zauważyłeś znam go tylko z opowiadań ojca, więc mogło mi się to wymsknąć. Sorry – powtórzyła bardzo trzeźwo, jak na stan, w którym się znajdowała. Wprawiła tym chłopaka w taki szok, że ten, aż usiadł z powrotem bez słowa. W końcu jeszcze nigdy się nie zdarzyło, aby Snape go przepraszała. – Nie wiedziałam, że był on dla ciebie tak ważny. Postaram się nie powielać opinii mojego ojca o tym człowieku, skoro sama go nie znałam, ale pamiętaj, że ojciec dla mnie również był bardzo ważny i nie pozwolę nikomu powtarzać o nim tych krzywdzących opinii. Nawet Wybrańcowi – dodała z delikatnym humorem, czym nieźle go zdziwiła. Harry co prawda mógł z nią wejść w dyskusję o Severusie Snapie, który nie byś święty, a już na pewno był draniem w stosunku do niego, ale wiedział, że teraz to nie jest dobry pomysł. Taka rozmowa na pewno skończyła by się wielką awanturą, a on właśnie zaczynał czuć się dobrze, na co wpływ miał głównie wypity alkohol, dlatego bez słowa usunął rozbitą butelkę jednym machnięciem różdżki i otworzył kolejną dolewając sobie i Susanne whisky. Ponownie siedzieli w ciszy pijąc, aż wreszcie Harry’emu przyszło coś do głowy, na co uśmiechnął się do siebie.

- My chyba nie możemy spędzać ze sobą czasu nie kłócąc się – przerwał ciszę, na co ona prychnęła tylko. Nadal jednak zastanawiała ją jedna rzecz.

- Teraz jednak mnie zastanawia, jakim sposobem ktoś z takiej rodziny mógł zostać twoim ojcem chrzestnym? Blackowie kojarzeni są z reguły z siłami ciemności. – Postanowiła nie drążyć tematu ich kłótni.

- Syriusz był jednym z niewielu wyjątków tej rodziny – odpowiedział zaskoczony jej ciekawością. – Jako jedyny był Gryfonem, był przyjacielem mojego ojca. Wyrzekł się rodziny, ale ona nie zdążyła wyrzec się jego. Tak więc jako jedynemu dziedzicowi przypadł mu w udziale ten dom – wyjaśnił. Alkohol zdecydowanie rozwiązał ich języki. – Czemu interesuje cię rodzina Blacków? – zapytał z ciekawością. – Brzmisz jakbyś ich znała.

- Moja matka nazywała się Selena Black, i była jednym z kolejnych takich przypadków w tej rodzinie.

- Ciekawe kim była dla Syiusza – mruknął Harry zastanawiając się. Gdy oglądał gobelin przedstawiający ród Blacków nie mógł sobie przypomnieć czy gdzieś widział to imię.

- Byli kuzynami. Walburga, matka Syriusza i Alfard, matka Seleny, byli rodzeństwem. – Susanne dobrze znała to drzewo genealogiczne, gdyż kiedyś miała manie i bardzo chciała znaleźć wszystkie informacje na temat matki. Po jakimś czasie jej przeszło, ale bardzo dokładnie prześledziła losy swoich przodków.

- Co masz na myśli mówiąc że była kolejnym takim przypadkiem? – zapytał.

- Jej ojciec, Alfard, został wydziedziczony z rodu, za to, że nie popierał mani czystości krwi. Ożenił się ze szlamą, co dla nich było nie do przyjęcia. Moja matka mimo tego, że była Ślizgonką, to jednak nadal była półkrwi, wychowana przez ojca, który sprzeciwił się rodzinie i matkę, czarownicę brudnej krwi, również nie wierzyła w te idee. I to do tego stopnia, że pracowała dla ministerstwa jako szpieg Czarnego Pana. – Susanne sama nie wiedziała dlaczego opowiada Potterowi historię swojej rodziny, ale alkohol działał na nich już na tyle, że nie szukali w niczym sensu. Stało się to na czym im obojgu zależało. Zapomnieli i zajęli myśli czymś innym.

- Co się z nią stało?

- A jak myślisz? – zapytała sarkastycznie. – To co ze wszystkimi zdrajcami Czarnego Pana. Została zabita. Odkrył ją dokładnie w dzień, w którym się urodziłam. – Susanne pogrążyła się całkowicie we wspomnieniach. Pamiętała jak ojciec opowiadał jej tę historię. Pokazał jej nawet parę wspomnień, aby mogła poznać swoją matkę chociażby jego oczami. Sama nie wiedziała czemu kontynuuje tę opowieść, ale choć chłopak nie pytał już o nic więcej ona mówiła jak w transie. – Torturował ją tak, że wywołał poród. Był pewien, że umrze, w wielkich bólach razem ze swoim nienarodzonym jeszcze dzieckiem, więc zostawił ją i kazał swoim śmierciożercom porzucić ją gdzieś w lesie. Nie wiedział, że ojcem tego dziecka jest jego sługa. Ojciec, gdy tylko mógł wrócił po nią i teleportował się do jedynej osoby z rodziny Blacków, której ufał. Andromeda, chociaż też nie była po stronie Czarnego Pana, od razu mu pomogła. Zajęła się moją matką i odebrała poród. Udało jej się uratować i ją i mnie. Ojciec jednak nie mógł z nami zostać. Wiedział, że kobieta zajmie się nami i ochroni nas. Moja matka doszła do siebie i jak zwykle nie mogła usiedzieć w miejscu. Czarny Pan nie wybacza ani nie zapomina. Dorwał ją po raz drugi kilka miesięcy później i zabił na oczach mojego ojca. Wcześniej przerył jej umysł więc dokładnie wiedział, że to on nam pomógł. Chciał zabić i jego, ale mój ojciec był idealnym kłamcą – uśmiechnęła się z dumą. – Przekonał go, że uratował kobietę tylko dlatego, że nosiła pod sercem jego dziecko, które teraz on może wychować na idealnego śmierciożercę. Czarnemu Panu tak się spodobała idea wychowywania kolejnego pokolenia śmierciożerców, że skończyło się na torturach. Ojciec chciał mnie zostawić Andromedzie, ale ta się nie zgodziła. Zawsze mu powtarzała, że to znak, że czas najwyższy przejrzeć na oczy. I tak się stało. Poszedł do Dumbledore’a i przekonał go, że chce się zmienić, co ten staruch skrzętnie wykorzystał. Potem, szczególnie po zniknięciu Czarnego Pana, ojciec często korzystał z pomocy Andromedy, ale sam podjął się roli ojca – zakończyła cicho. Potter choć wydawał się znudzony uważnie słuchał jej opowieści. Nie zastanawiał się szczególnie dlaczego opowiedziała mu tę historię, ponieważ teraz myślenie nie było jego dobrą stroną, ale uznał, że najwyraźniej potrzebowała się wygadać. Ona sama nie wiedziała co nią kierowało, jednak nie czuła się z tym źle. Mogło się to co prawda zmienić gdy wytrzeźwieje, ale teraz nie miała zamiaru się tym przejmować. Dalej pili w ciszy, aż wreszcie oboje zasnęli na kanapie.


***
Cześć,
mam dla Was kolejny rozdział. Wena wróciła mam nadzieję, że na dłuższą chwilę.
Do następnego,
AniaXXX

06 marca 2022

ROZDZIAŁ 6: PRZYJACIELE

 

Harry nie spodziewał się, że tak późnym wieczorem zobaczy mdlejącą Susanne Snape w szacie śmierciożerców. Dziewczyna upadając wypuściła z jednej dłoni trzymaną białą maskę, którą teraz Harry obrzucił zniesmaczonym wzrokiem. W drugiej dłoni jednak wciąż kurczowo trzymała różdżkę, a chłopak przez chwilę zastanowił się co takiego już przeżyła ta dziewczyna, że bez względu na wszystko nie wypuściła swojej jedynej broni. Nie zastanawiając się jednak nad tym podbiegł do niej i delikatnie przeniósł ją na kanapę. Przypominając sobie lekcje pierwszej pomocy z podstawówki, szybko sprawdził, czy dziewczyna oddycha. Stwierdził, że rzeczywiście chyba tylko zemdlała. Uznając, że chwilowo nic jej nie będzie jeśli zostawi ją samą, skierował się do kominka, aby przenieść się do Hogwartu i poprosić Dumbledore’a o pomoc. Gdy już znalazł się w jego gabinecie zdziwiony dyrektor przywitał go krótko pytając od razu o powód jego wizyty.

- Panie dyrektorze, Snape wróciła, ale od razu zemdlała – wyjaśnił szybko. – Nie wiem co jej jest. Nie zdążyła nic powiedzieć. – Dumbledore nie czekając na dalsze wyjaśnienia ruszył w stronę kominka, przez który wywołał panią Pomfrey, której wyjaśnił, że potrzebuje jej w Kwaterze Głównej Zakonu, ponieważ znajduje się tam nieprzytomna dziewczyna. Sam chwycił Harry’ego za ramię i razem z nim przeniósł się kominkiem do salonu na Grimmauld Place. Zaraz po nich na miejscu znalazła się pielęgniarka, która ze zdziwieniem zmierzyła strój nieznajomej jej dziewczyny i leżącą na ziemi maskę śmierciożerców. Nie czekając jednak na wyjaśnienia od razu zaczęła badać dziewczynę. Kobieta rzuciła na nieprzytomną dziewczynę zaklęcie diagnozujące i aż złapała się za głowę, gdy pokazały jej się wyniki.

- Albusie, ta dziewczyna w ciągu ostatniej doby oberwała niezwykle silnym Cruciatusem aż 34 razy! – wykrzyknęła.

- Rozumiem, Poppy, ale czy możesz ją wyleczyć?

- Oczywiście, że mogę! – prychnęła ze złością. – Tyle lat leczyłam Severusa z takich samych obrażeń! Czemu, po tym co się stało, robisz coś takiego kolejnej osobie?! I to jeszcze tak młodej! – Pani Pomfrey szybko połączyła fakty i nie mogła uwierzyć w to czego się tu dowiedziała. Przecież ta dziewczyna miała nie więcej niż siedemnaście lat, a ten stary dureń zrzucił na nią taką odpowiedzialność. Już ona mu pokaże co o tym myśli. Teraz jednak, chcąc ulżyć tej biednej dziewczynie, zaczęła rzucać na nią zaklęcia niwelujące skutki Cruciatusa, a także rozluźniające mięśnie. Gdy tylko skończyła odwróciła się w stronę dyrektora, który ze zmartwieniem przyglądał się leżącej dziewczynie. Obok niego stał Potter, który jak jej się wydawało znał rolę tej dziewczyny. – Kim ona jest?

- To Susanne, córka Severusa – odpowiedział dyrektor, wiedząc co go teraz czekało. Poppy Pomfrey zawsze twierdziła, że to nieludzkie zmuszać człowieka do szpiegostwa i narażać na wizyty u Voldemorta. Za każdym razem, gdy była zmuszona leczyć Severusa Snape’a, dobitnie przedstawiała dyrektorowi swoje zdanie.

- Albusie, jak mogłeś? Po tym co się stało z Severusem, do tego samego zmuszasz jego córkę. Ona nie ma więcej niż siedemnaście lat! To jeszcze dziecko!

- Poppy, wytłumaczę ci to wszystko, ale jak wrócimy do Hogwartu. Teraz chyba dziewczyna potrzebuje spokoju – oznajmił pojednawczo próbując uspokoić pielęgniarkę.

- Oczywiście, że mi to wytłumaczysz – oznajmiła twardo. – Kto z nią teraz zostanie? – zapytała już spokojniej.

- Harry. Mieszkają tu razem – odpowiedział dyrektor, na co kobieta tylko uniosła brwi ze zdziwieniem i spojrzała na niego takim wzrokiem, po którym zrozumiał, że czeka go długa spowiedź.

- Kochaneczku – zwróciła się do chłopaka – jak tylko się obudzi podaj jej ten eliksir – mówiła wyciągając ze swojej torby fiolkę z czerwonym eliksirem. – To eliksir na skutki Cruciatusa – wyjaśniła. – Jeśli będziesz potrzebował mojej pomocy, ty albo ta dziewczyna, to ten kominek jest połączony z tym w Skrzydle Szpitalnym. O każdej porze możesz śmiało do mnie przychodzić – oznajmiła, a Harry tylko kiwał głową, bojąc się powiedzieć cos więcej. Po raz pierwszy widział pielęgniarkę w takim humorze, właściwie pierwszy raz widział, żeby ktoś tak krzyczał na Albusa Dumbledore’a.

- Harry, jak Susanne dojdzie do siebie, przekaż jej, że na nią czekam w Hogwarcie – wtrącił się dyrektor.

- Dobrze, proszę pana – przytaknął chłopak. Przed wyjściem jeszcze dyrektor jednym machnięciem różdżki zdjął z dziewczyny szatę śmierciożerców i sprawił, że pojawiła się ona równo złożona na drugim fotelu, po czym poprosił Harry’ego, aby schował on ją gdzieś gdzie nikt niepowołany jej nie zobaczy.

- Aaa i Harry – zwrócił się jeszcze na koniec do niego dyrektor – wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. – Po czym mrugnął do niego z uśmiechem i zniknął w zielonych płomieniach. Pielęgniarka również przed odejściem uśmiechnęła się do niego z sympatią i chwilę później Harry był sam z nieprzytomną dziewczyną.

Gdy spojrzał na zegar rzeczywiście zdał sobie sprawę, z tego, że od godziny był pełnoletni. Więc tylko dlatego, że wreszcie mógł uniósł szaty dziewczyny zaklęciem lewitującym i przeniósł je do pokoju, który zajmowała. Potem zaraz wrócił do salonu, gdzie spała Susanne. Nie wiedział co ze sobą zrobić, ale nie chciał zostawiać dziewczyny samej. Tak na wszelki wypadek. Był pewien, że po tych wszystkich wydarzeniach nie będzie w stanie usnąć, więc znalazł sobie jakąś książkę do czytanie i usiadł w wygodnym fotelu obok. Po jakimś czasie jednak zasnął. Sam nie wiedział kiedy to się stało, nie zdążył nawet odłożyć książki, która spadła z głuchym łoskotem na ziemię. Rano obudził go dźwięk uderzenia. Gdy tylko otworzył oczy zobaczył Susanne siedzącą na kanapie i trzymającą się za kolano. Prawdopodobnie próbując wstać uderzyła się kolanem o ławę stojącą przy kanapie, na której spała.

- Cześć – przywitał się.

- Cześć – odpowiedziała mu słabym głosem, w którym jednak słychać było już nutę złości. Gdy ból w kolanie jej przeszedł, wyciągnęła się i rozejrzała po pomieszczeniu. Na tej nieszczęsnej ławie ujrzała fiolkę z eliksirem. Harry obserwował jak chwyciła naczynie i zaczęła mu się przyglądać, po czym otworzyła je i powąchała.

- To eliksir…

- Pocruciatusowy – przerwała mu. – Poznałam – stwierdziła i wypiła całą fiolkę. – Kto go tu zostawił?

- Pani Pomfrey – odpowiedział jednak widząc niezrozumienie na jej twarzy wytłumaczył dalej. – Pielęgniarka z Hogwartu.

- Co tu się właściwie wczoraj działo? Nie bardzo pamiętam swój powrót – wyjaśniła chcąc dowiedzieć się czegoś więcej.

- Jak tylko weszłaś to zemdlałaś. Od razu powiadomiłem Dumbledore’a, a on przyszedł tu z Pomfrey. Zbadała cię, rzuciła na ciebie jakieś czary, po czym kazała odpoczywać i wypić ten eliksir, gdy się obudzisz – wyjaśnił wzruszając ramionami.

- To wszystko?

- W między czasie jeszcze krzyczała na Dumbledore’a. Chyba domyśliła się kim jesteś, bo wyrzuciła mu parę rzeczy o Sn… twoim ojcu – poprawił się szybko.

- Krzyczała na Dumbledore’a? – zapytała z niedowierzaniem, po czym uśmiechnęła się mściwie. – Chyba zaczynam ją lubić – mruknęła do siebie. – A ty po co tu spałeś? Pokoju sobie jeszcze nie wybrałeś? – zadrwiła.

- Oczywiście, że wybrałem. Po prostu zasnąłem czytając – odpowiedział buńczucznie mając nadzieję, że dziewczyna nie będzie drążyła tematu, bo sam nie wiedział jak ma jej wytłumaczyć, że po prostu nie był pewny, czy już nic jej nie jest i wolał być blisko na wypadek, gdyby coś się zadziało. Susanne jednak skwitowała to uniesieniem brwi i rozbawionym prychnięciem. – Dumbledore kazał ci przekazać, że czeka na ciebie jak tylko dojdziesz do siebie – rzucił, aby jak najszybciej zmienić temat.

- Jakbym nie wiedziała – prychnęła. Po czym wstała, aby się ogarnąć. Potrzebny jej był gorący prysznic i to natychmiast. Wiedziała, że kąpiel rozluźni jej spięte mięśnie. Gdy była już w progu zatrzymała się jakby o czymś sobie przypomniała. Odwróciła się więc do Harry’ego. – Potter, dzięki. – Chwilę później już jej nie było, a Harry ponownie został sam zastanawiając się za co właściwie mu dziękowała.

Ten stan rzeczy nie trwał zbyt długo. Gdy tylko udało mu się trochę doprowadzić salon do porządku z kominka wyszła dwójka jego najlepszych przyjaciół i była dziewczyna. Miał nadzieję, że minie jeszcze trochę czasu nim ją zobaczy i jakoś przygotuje się do tego spotkania. Zerwał z Ginny pod koniec zeszłego roku szkolnego. Po wydarzeniach na wieży astronomicznej wiedział, że powolnymi krokami zbliża się koniec i nie chciał, aby rudowłosa cierpiała jeśli coś mu się stanie. Nie chciał jej też niepotrzebnie narażać. Miał to szczęście, że dziewczyna go rozumiała.

- Cześć stary! Wszystkiego najlepszego! – wykrzyczał od razu na wstępie Ron i rzucił się na niego z mocnym uściskiem. Potem został przytulony przez Hermionę i Ginny, która jednak zarumieniła się delikatnie, po czym spuściła głowę zawstydzona. Cała trójka złożyła mu serdeczne życzenia. – Mama przygotowała ci przyjęcie niespodziankę, więc wieczorem będziemy tu świętować twoją siedemnastkę i wtedy dostaniesz prezenty od nas.

- Ron to miała być niespodzianka! – wykrzyknęła oburzona Hermiona.

- Nie przesadzaj przecież Harry nie jest dzieckiem, a musi wiedzieć, że nie zapomnieliśmy o prezentach dla niego – wytłumaczył, na co czarnowłosy chłopak zaśmiał się głośno. Sam nawet nie wiedział jak bardzo przez ten miesiąc w odosobnieniu brakowało mu przyjaciół. Sam w tym domu też nie czuł się dobrze, szczególnie gdy na każdym kroku przypominał sobie Syriusza. A z niechcianą współlokatorką nie miał jeszcze zbyt wiele do czynienia, a z resztą nie była ona raczej idealnym kompanem do oderwania się od złych myśli. Za to jego przyjaciele świetnie odegrali tę rolę. Teraz zajęli go wesołą rozmową i nawet wbrew swoim przeczuciom jego relacja z Ginny wydawała się zupełnie naturalna. Po niecałej godzinie ich sielankę przerwało wejście czarnowłosej dziewczyny. Chociaż Susanne słyszała głosy dobiegające z salonu nie spodziewała się, że przerwie tak wesołą atmosferę. W salonie zastała jej niechcianego współlokatora oraz trzy zszokowane osoby, które wpatrywały się w nią. Kojarzyła rudowłosego chłopaka oraz brązowowłosą dziewczynę, ale druga rudowłosa dziewczyna była jej nieznana. Wydawała jej się najmłodsza z tej grupy, a po kolorze włosów wywnioskowała, że należy do rodziny Weasley’ów.

- O widzę, Potter, że sprowadziłeś tu swój fanklub – zadrwiła.

- To nie fanklub, tylko przyjaciele, ale ty chyba nie wiesz za dużo na ten temat – odpowiedział jej w ten sam sposób.

- Widzę, że się wyrabiasz – prychnęła z czymś co Harry zaliczył do jej wersji delikatnego uśmiechu. – W takim razie nie będę przeszkadzać w tym przyjacielskim spotkaniu – oznajmiła i skierowała się w stronę kominka.

- Czekaj – zatrzymała ją Hermiona. – Może wreszcie byśmy się poznali. Już raz się widziałyśmy, ale nie mieliśmy szansy nawet porozmawiać. Wiesz, braliśmy udział…

- Tak, tak, w przeniesieniu tego tam – machnęła głową w stronę Harry’ego, - ale tak jak wtedy tak i teraz nie mam czasu na jałowe pogawędki o niczym, więc dajmy sobie z tym spokój. – Susanne powiedziała to wszystko z pełnym spokojem i nieco fałszywym uśmiechem, który miał sprawić, aby jej rozmówczyni nie poczuła się urażona. I choć swoimi słowami sprawiła, że Hermiona postanowiła dać jej spokój, to jednocześnie rozzłościła drugą dziewczynę.

- Za kogo ty się uważasz?! – Ginny wstała i stanęła jej na drodze. – Nie wiem kim jesteś, ale nie pozwolę się traktować jak ktoś gorszy! – Susanne zupełnie nie spodziewała się czegoś takiego. Bardzo chętnie wybuchnęłaby śmiechem w twarz tej dziewczynie, ale nie miała czasu na przepychanki. Pozostała trójka obserwowała ich tylko z szeroko otwartymi oczami nie wiedząc co zrobić.

- Dziewczynko, daj sobie spokój z tymi dziecinnymi wrzaskami. Nie mam czasu na takie zabawy – oznajmiła spokojnie po czym zmierzyła rudowłosą z drwiącym uśmiechem. – Potter, wam mnie odpowiednio przedstawi – stwierdziła, a po chwili zniknęła w kominku.

- Kto to w ogóle jest?! – wykrzyknęła oburzona Ginny. – Ona jest… - przerwała biorąc wdech i próbując znaleźć odpowiednio obraźliwe słowo, jednak Harry szybko się wtrącił.

- Skomplikowana – stwierdził z nikłym uśmiechem. – Kompletnie nie umiem jej rozgryźć.

- Skomplikowana? – żachnęła się dziewczyna obrzucając chłopaka niedowierzającym spojrzeniem. – Miałam na myśli, że jest wredną su…

- Ginny, nie wyrażaj się tak! – zestrofowała ją Hermiona.

- No cóż nazwisko zobowiązuje – wyjaśnił Harry.

- Nazwisko? To kim ona jest? – zapytała spokojnie jego przyjaciółka.

- To Susanne Snape.

- Snape?! – rozległo się z trzech gardeł.

- Córka Snape’a – dodał niemrawo.

- To profesor Snape miał córkę? – zapytała Hermiona zdziwiona.

- Córka Snape’a? Która, by chciała mieć z nim dziecko? – w tym samym czasie odezwał się Ron.

- Nie pytajcie mnie o nic więcej, bo jak zauważyliście nie jest rozgadana. Wiem tylko, że jest w naszym wieku i od września idzie do Hogwartu na siódmy rok.

- To już się nie dziwię, że jest tak mało towarzyska. Szczególnie po tym co ją ostatnio spotkało – zauważyła brązowowłosa. – Co miałeś na myśli mówiąc, że jest skomplikowana? – zapytała jeszcze z ciekawością patrząc na przyjaciela.

- Nie miałem okazji zbyt często z nią przebywać – stwierdził wzruszając ramionami. – Z resztą z reguły zachowuje się tak jak teraz, ale potem potrafi zaskoczyć na przykład dziękując mi.

- Jest dobrze wychowana to chyba dobrze – zauważyła Hermiona nie będąc pewna co właściwie miał na myśli chłopak.

- Harry, a za co ona musiała ci dziękować – zapytał ze śmiechem Ron mrugając do niego.

- Debil – skwitowała zachowanie brata Ginny. – Harry na pewno był po prostu miły, w porównaniu do niej – zauważyła, na co Potter lekko się zaczerwienił, i w tej chwili pożałował, że zaczął ten temat z przyjaciółmi, bo Hermiona od razu zwróciła uwagę na jego zachowanie i popatrzyła na niego podejrzliwie.

- Nic takiego nie zrobiłem – stwierdził po chwili, gdy cała trójka wpatrywała się w niego intensywnie. – Po prostu ona wczoraj chyba wróciła z jakiejś misji i była w kiepskim stanie. Od razu po wejściu zemdlała – zaczął mówić, po czym opowiedział im wszystko co działo się poprzedniego wieczora. – A kiedy Dumbledore z Pomfrey wyszli zostałem z nią sam. Nie chciałem jej zostawiać samej na wypadek, gdyby coś jej było, i tak zasnąłem na fotelu. Rano ona oczywiście mnie wyśmiała, ale potem podziękowała. Do tej pory nie wiem za co dokładnie.

- Harry przecież, gdyby groziło jej coś poważnego, to Dumbledore zabrałby ją do Hogwartu. Jeśli ją tutaj zostawili i to jeszcze bez żadnej opieki, to była bezpieczna i pewnie musiała po prostu odpocząć – wyjaśniła Hermiona, a w jej głosie, choć próbowała to ukryć, Harry słyszał politowanie.

- Oj Harry, ty i ta twoja obsesja na punkcie ratowania wszystkich – zaśmiał się Ron, a Harry choć wiedział, że przyjaciele nie mieli nic złego na myśli to zrobiło mu się odrobinę głupio. Szybko zmienił temat i wreszcie wszyscy zapomniali o pannie Snape.

Susanne w tym samym czasie pojawiła się w gabinecie Dumbledore’a. Dyrektor najpierw wypytał ją o samopoczucie, szybko jednak przeszedł do rzeczy. Zrelacjonowała mu chłodnym głosem cały swój pobyt w Malfoy Manor.

- Czego cię nauczał? – zapytał z trwogą, gdy tylko usłyszał o tym, że Susanne ma pobierać nauki od samego Lorda Voldemorta.

- A jak pan myśli? Oczywiście niewybaczalnych – prychnęła.

- Jak ci poszło? – zapytał obawiając się odpowiedzi. Susanne obdarzyła go zdegustowanym wzrokiem.

- Przy odpowiedniej motywacji każdemu by się wreszcie udało. A to czego nie można odmówić Czarnemu Panu, to właśnie odpowiednia motywacja – oznajmiła, po czym zrelacjonowała mu cały przebieg lekcji, a potem spotkania śmierciożerców, nie ukrywając nawet tego, że to w podobiznę dyrektora miała przyjemność rzucać Cruciatusa.

- Pozwolił ci rzucić na siebie imperiusa? – Dumblodore był wyraźnie pod wrażeniem gdy to usłyszał, że nawet nie przejął się torturami skierowanymi w swoją podobiznę. Susanne tylko znudzona skinęła głową.

- Zaraz po tym spotkanie się skończyło, a ja mogłam wreszcie wrócić. Oznajmił mi tylko, że następnym razem spotkamy się na kolejnej lekcji, a ja w tym czasie mam się dowiedzieć wszystkiego o Potterze.

- Lord Voldemort dla ciebie ściśle określony plan – oznajmił. – Zdajesz sobie z tego sprawę? – zapytał z uwagą przyglądając się dziewczynie. Susanne jednak tylko zmierzyła go drwiącym spojrzeniem.

- To zupełnie jak pan – prychnęła. – I owszem zdaję sobie z tego sprawę. I jedyne do czego dążę w tym wszystkim to zrealizować własne cele. – Zamilkła, po czym oboje utkwili w sobie pełen powagi wzrok.

- W takim razie mam nadzieję, że nasze cele są zbieżne – zauważył Dumbledore. – A teraz jeśli to wszystko co miałaś mi do powiedzenie to myślę, że możemy się rozstać – zauważył uśmiechając się do niej życzliwie. Jednak Susanne zauważyła, że właściwie było to polecenie, które ona miała natychmiastowo zrealizować.

- Oczywiście, mam tylko jeszcze jedno pytanie.

- Proszę – zachęcił ją mężczyzna.

- Ostatnio podczas zwiedzania Grimmould Place zauważyłam, że jest tam dostępne bardzo dobrze wyposażone laboratorium. Chciałabym zacząć z niego korzystać, byłoby to dużo łatwiejsze, niż teraz gdy za każdym razem, gdy chcę coś uwarzyć muszę przenosić się na Spinner’s End.

- Oczywiście możesz z niego korzystać. Co prawda cały dom, jak i wszystko co się w nim znajduje należy do Harry’ego, ale nie sądzę, aby był temu przeciwny. Szczególnie, że laboratorium to raczej ostatnie miejsce, w którym chciałby przebywać – zakończył żartobliwie. Susanne jednak nie była zbyt rozbawiona, gdy tylko pomyślała o swoim współlokatorze, dlatego jej jedyną reakcją było zdegustowane prychnięcie. Po czym kiwnęła dyrektorowi głową na pożegnanie i skierowała do kominka. Jednak gdy już wypuściła proszek Fiuu ze swojej dłoni, usłyszała jeszcze głos dyrektora.

- Miłej zabawy życzę – oznajmił z uśmiechem i tymi swoimi migoczącymi oczami. Dziewczyna zupełnie nie wiedziała o co mu chodzi, jednak nie zdążyła zapytać, gdyż ogień z kominka ją pochłonął i zaczął przenosić. Szybko jednak się o tym przekonała, gdyż wychodząc z kominka na Grimmould Place trafiła na dużą grupę ludzi śpiewających Sto lat! Chłopakowi, który stał przy wielkim czekoladowym torcie i uśmiechał się wesoło.

14 lutego 2022

ROZDZIAŁ 5: NAUKA

 

Kolejnego dnia Susanne została obudzona przez tego samego skrzata, który ją tu przyprowadził poprzedniej nocy.

- Panienko Snape, Krasnal przyszedł dowiedzieć się, czy zechce panienka dołączyć do gospodarzy na śniadaniu – zaskrzeczał piskliwym głosem. Susanne przez chwile nie mogła ogarnąć gdzie się znajduje, ale widok bogato zdobionej sypialni szybko wrócił jej wspomnienia.

- Tak, tylko muszę się ubrać – odpowiedziała.

- Oczywiście, Krasnal przygotował szaty panienki – oznajmił wskazując swoim chudym palcem na drzwi do garderoby. – Krasnal wróci za piętnaście minut, żeby zaprowadzić panienkę do sali jadalnej – zaskrzeczał i zniknął.

Susanne nie pozostało nic innego jak tylko ruszyć się z łóżka. Szybko ogarnęła się w łazience, a gdy weszła do garderoby rzeczywiście ujrzała swoje szaty czyste i wyprasowane wiszące na wieszaku, więc nie czekając na nic więcej ubrała się. Po piętnastu minutach rzeczywiście pojawił się skrzat domowy, który zaprowadził ją krętymi korytarzami do jadalni. Choć spodziewała się większej ilości osób w pomieszczeniu to nie sądziła, że przywita ją sama śmietanka towarzyska śmierciożerców. U szczytu siedział pan domu, od razu poznała go po długich, lśniących blond włosach. Po prawej stronie Lucjusza siedziała jego żona, Narcyza, a po lewej syn, Draco. Tą trójkę znała dosyć dobrze. Ojcu zdarzało się ją tu zabierać, ale nie miała wtedy za wiele do czynienia z dorosłymi. Najczęściej była odsyłana do Dracona, który zawsze wtedy szczycił się swoim bogactwem. A raczej bogactwem swoich rodziców. Bawiło ją to nieustannie, że tylko dzięki temu uważa się za lepszego od niej. Choć mimo to, oboje lubili wchodzić w różne dyskusje, które z reguły kończyły się tym, że ona określała go mianem nadętego panicza, a on ją arogancką mądralą. Koło Narcyzy siedziała jej siostra Bellatrix Lestrange, natomiast koło niej jej mąż Rudolf Lestrenge, a naprzeciwko niego jego brat Rabastan. Całą trójkę również zdarzyło jej się spotkać w ciągu ostatniego miesiąca, gdy odwiedzała Czarnego Pana, ale nigdy nie wymieniła z nimi choćby słowa. Bella zawsze tylko obrzucała ją niezadowolonym wzrokiem, a nieraz z jej czarnych oczach Susanne dostrzegała niczym nie skrywaną nienawiść. Wiedziała jednak, że ta kobieta nie darzyła zbytnią sympatią jej ojca, a i on sam, gdy doszło do wielkiej ucieczki z Azkabanu półtora roku wcześniej, przestrzegał ją, aby trzymała się od tej trójki jak najdalej jak to tylko możliwe. Wolne były jeszcze tylko dwa nakrycia na stole, a wiedziała, że miejsce u drugiego szczytu stołu zostawione było na wypadek, gdyby Czarny Pan zechciał do nich dołączyć, więc ona chcąc nie chcąc usiadła między Draconem, a Rabastanem Lestrengem. Przywitała się krótko i usiadła na wygodnym krześle.

- Cieszymy się, że do nas dołączyłaś – oznajmiła pani Malfoy ze ściągniętą twarzą.

- Dziękuję ze zaproszenie – odpowiedziała kiwając głową w stronę gospodarzy. Po tym krótkim dialogu pojawiły się skrzaty domowe i podały posiłek. Susanne ze zdegustowaną miną obserwowała swojego sąsiada po prawej stronie, który niemal rzucił się na jedzenie. Nie spodziewała się jakichkolwiek manier po tym człowieku, ale to co robił ten mężczyzna odbierało jej apetyt. Ze zdegustowaną miną odwróciła się więc bardziej w stronę Dracona, który uśmiechnął się do niej drwiąco, na co ona tylko przewróciła oczami. Cały czas, praktycznie od wejścia, czuła, że jest obserwowana. Gdy podniosła głowę znad swojego talerza ujrzała czarne tęczówki pełne złości wpatrujące się w nią. Susanne jednak nic sobie z tego nie robiąc uniosła jedną brew jakby czekała na reakcję kobiety siedzącej naprzeciwko. I doczekała się.

- Rabastan, opanuj się trochę, bo nasz delikatny gość, jest zdegustowany – zadrwiła swoim wysokim głosem. Na co jej szwagier tylko prychnął i nadal spożywał posiłek w sposób godny pożałowania.

- Spokojnie, jestem przyzwyczajona do gorszych widoków – odpowiedziała Susanne, po czym prowokacyjnie zmierzyła Bellę od góry do dołu.

- Jak śmiesz się tak do mnie odzywać, ty mała...

- Bella, uspokój się! Jesteś w moim domu, a dziewczyna jest moim gościem – zareagował natychmiastowo Lucjusz Malfoy.

- Panie Malfoy, jestem tu tylko i wyłącznie na życzenie naszego Pana, choć jestem wdzięczna za gościnę – dodała po chwili pojednawczym tonem, a mężczyzna kiwnął głową zgadzając się z jej słowami.

- Ciekawe czego może chcieć nasz Pan od takiej małej jędzy – prychnęła Bellatrix.

- Mówisz o sobie? Bo z ciebie to chyba jedyny pożytek jest wtedy gdy klękasz przed naszym Panem. – Susanne wiedziała, że przegina, ale nie mogła sobie odmówić tych złośliwości. Cały czas utrzymywała spokojny ton głosu, a na jej twarzy widniał szyderczy uśmiech. To najbardziej prowokowało jej przeciwniczkę. Nie dając jednak jej wybuchnąć kontynuowała. – Jestem tu, bo Czarny Pan tego pragnie, a jeśli tobie nic o tym nie wiadomo, to oznacza, że to nie twój interes.

W tej właśnie chwili w jadalnie pojawił się Lord Voldemort, a na jego widok zapanowała głucha cisza. Nawet Bella zrezygnowała z riposty, a raczej klątwy skierowanej w Susanne, którą miała już na końcu języka.

- Bella jeśli jesteś tak ciekawa dzisiejszego celu wizyty naszego gościa, jako pierwsza go poznasz dziś wieczorem – oznajmił swoim przerażającym głosem. – Susanne za mną – dodał i nie czekając na dziewczynę wyszedł. Ta natomiast zerwała się z miejsca, na wyjściu obrzucając jeszcze Bellę złośliwym uśmiechem, i podążyła za Czarnym Panem. Gdy wreszcie znaleźli się na miejscu, czyli w sali, w której zawsze Susanne spotykała się z Voldemortem, mężczyzna zabrał głos.

- Uznałem, że jeśli chcesz być moim śmierciożercą, musisz się jeszcze dużo nauczyć. I to ja będę cię szkolić.

- Panie, to dla mnie będzie zaszczyt uczyć się od ciebie – odpowiedziała usłużnie.

- Nie potrzebuję od moich śmierciożerców ułudnych pochlebstw i sądziłem do tej pory, że ty to rozumiesz – stwierdził patrząc na nią z góry.

- Nie zmienia to faktu, że nauka od ciebie, Panie będzie tym o czym zawsze marzyłam – odpowiedziała z pewnym siebie uśmiechem. – Ojciec nie zdążył mnie nauczyć wszystkiego, ale po twojej propozycji, Panie, wierzę, że to nic straconego.

- Zadowalasz mnie, Susanne. – Dziewczyna widziała, że połechtała jego ego, i będzie dla niej lepiej, jeśli zawsze będzie go utrzymywała w tym humorze. – Zaczniemy od Cruciatusa – rozkazał, a Susanne zwątpiła. Nie sądziła, że zaczną od niewybaczalnych, jednak zaraz opanowała emocje i na jej twarzy widoczne już było pełne skupienie. Voldemort stanął za nią i zaczął ją pouczać. – Pamiętaj, że musisz tego chcieć. Musisz czuć nienawiść, pragnąć sprawić ból. Cieszyć się tym. – Gdy mówił w jego głosie słychać było fanatyzm i zamiłowanie do sprawiania bólu. Był szalony i właśnie teraz Susanne w pełni zdała sobie z tego sprawę. Dziewczyna nie mając innego wyjścia wyciągnęła różdżkę z kieszeni i wycelowała przed siebie. Jednak widać było po niej, że jest niezdecydowana. – Musisz tego chcieć. Dalej. Zrób to!

- Panie, nie potrafię tak bez celu – odezwała się tym razem nie pewnie. – To marnotrawienie mojej magii i energii, kiedy moje zaklęcia nie sięgną celu – wyjaśniła już nieco pewniej. Voldemort zaśmiał się mrocznie.

- I to rozumiem. Chcesz widzieć ból, który sprawiasz. Już myślisz jak prawdziwy śmierciożerca. – Był on bardzo zadowolony, a Susanne pomyślała, że mogła lepiej przemyśleć co mówi, próbując uniknąć rzucania zaklęć niewybaczalnych. Wiele już w życiu robiła i wiele potrafiła, ale te akurat zaklęcia nigdy jej nie pociągały. Nie chciała stać się kimś kto rzuca nimi na prawo i lewo, ale teraz nie miała innego wyjścia. Czarny Pan machnął różdżką, i przed nimi pojawiła się podobizna Albusa Dumbledore’a. Susanne nieco zbladła, gdy to zobaczyła. Mimo wszystkiego co się wydarzyło dyrektor Hogwartu nie był pierwszą osobą, która przychodziła jej na myśl, gdy myślała o celu torturującej klątwy. Wolała, aby przed nią pojawił się manekin niepodobny do nikogo. Jednak jedyne co jej pozostało to działać, szczególnie, że cierpliwość nie była dobrą stroną Voldemorta. Ponownie wyciągnęła przed siebie różdżkę i powiedziała to.

- Crucio! – Z jej różdżki wypłynął czerwony strumień, ale jedyne co osiągnęła to to, że odrobinę odepchnęła manekina. Czarny Pan widząc to podszedł jeszcze bliżej niej i stojąc tuż za nią złapał ją za gardło lewą ręką, natomiast prawą, w której trzymał różdżkę wbił w okolice jej żeber, po czym powtórzył po niej zaklęcie.

- Crucio! – Susanne tylko dzięki temu, że była trzymana przez Voldemorta nie osunęła się na ziemię z bólu, jednak doskonale czuła skutki klątwy. Wreszcie zaklęcie zostało przerwane. – Za każdą nieudaną próbą, będę pokazywał ci jak to powinno wyglądać – wysyczał jej do ucha. – Może to cię zmotywuje. – Po czym odsunął się, a ona ponownie uniosła różdżkę. I tak przez kolejne godziny ona próbowała i próbowała, a on ją karał. Wiele razy lądowała na ziemi, za każdym razem jednak podnosząc się od razu po zakończonej klątwie. Po jakimś czasie z jej nosa zaczęła lecieć krew, jednak ona nawet tego nie zauważyła. – Nie starasz się – warknął po kolejnej nieudanej próbie.

- Panie, ja… - Nie pozwolił jej jednak dokończyć przerywając jej.

- Crucio! – Tym razem pod tą klątwą trzymał ją dłużej niż do tej pory, włożył w nią więcej mocy, bo Susanne po raz pierwszy czuła tak duży ból. Wreszcie po prawie pół godziny przerwał klątwę, jednak tym razem nie potrafiła podnieść się od razu. Leżała na ziemi, oddychając ciężko. Nie była świadoma łez, które zmoczyły jej twarz, ani krwi lecącej jej z nosa. – Będziesz tak leżeć i czekać na koniec? – zadrwił. – Pokaż mi, że nie jesteś słaba, że zasługujesz na bycie moim sługą. – Do Susanne dotarły jego słowa dlatego zaczęła powoli podnosić się z ziemi. Wreszcie stanęła prosto, otarła twarz z łez i krwi, i spojrzała na Voldemorta hardo. On jednak nie mówił nic więcej, jakby czekając na coś. Szybko domyśliła się o co mu chodziło, dlatego uniosła swoją różdżkę, której ani na chwilę nie wypuściła z dłoni. Na chwilę zamknęła oczy rozmyślając nad tym co ją ostatnio spotkało. Poczuła nienawiść do losu, Voldemorta, Dumbledore’a, a nawet do ojca, który ją zostawił samą z tym wszystkim. Uniosła powieki, a w jej oczach Czarny Pan dostrzegł niczym nie skrywaną złość.

- Crucio! – wykrzyknęła, a czerwony promień, który wyleciał z jej różdżki dosięgnął manekina przypominającego Dumbledore’a i rozbił go na drobne kawałki. To był znak, że wreszcie jej się udało. Wiedziała o tym, a gdy tylko spojrzała na Voldemorta zauważyła, jak bardzo jest zadowolony.

- Nareszcie! – wykrzyknął. – Widać znalazłem dla ciebie odpowiednią motywację – zaśmiał się przerażająco. – Nie martw się zaraz zapewnię ci żywy cel. Zostaniesz na spotkaniu Wewnętrznego Kręgu. – Nakazał jej stanąć po swojej lewej stronie i czekać. Wyczarował jej także czarną szatę i białą maskę, którą miała założyć. Po czym wyciągnął swoje lewe ramię, a oczom Susanne ukazał się Mroczny Znak. Gdy zbliżył do niego różdżkę, wymamrotał coś pod nosem, a już po chwili w Sali zaczęli zbierać się śmierciożercy. Wszyscy w jednakowych czarnych szatach i białych maskach, takich jakie Susanne przed chwilą otrzymała od Czarnego Pana. Część z nich wiedziała albo domyślała się kim ona jest, część jednak przypatrywała się jej z ciekawością. Wreszcie ujrzała Lucjusza wraz z Draconem, za nimi natomiast weszła Bellatrix, która zmierzyła ją groźnym spojrzeniem i stanęła po prawej stronie Voldemorta. Susanne uważnie wpatrywała się w każdego wchodzącego śmierciożercę, próbując zapamiętać jak najwięcej szczegółów oraz rozpoznać nieznanych jej ludzi. Gdy wszyscy przybyli, Czarny Pan usiadł na swoim tronie, a śmierciożercy ustawili się w okrąg. Susanne tak jak nakazał jej Pan stanęła po jego lewej stronie. Stała prosto i sztywno, nie okazując żadnych emocji. Wszyscy czekali w milczeniu czekając, aż ich Pan wyjawi im cel tego spotkania.

- Witajcie śmierciożercy – zaczął Voldemort. – Zebrałam was tu dzisiaj po to, aby przedstawić Wam naszego nowego towarzysza. Niedawno jeden z moich lojalnych sług okazał się głupcem niegodnym należenia do naszej rodziny śmierciożerców. Ale nie żałujemy, bo na miejsce Severusa zyskałem lojalną sługę, która choć jeszcze nie naznaczona już aspiruje do tego, aby zająć miejsce u mojego boku. Gdy zasłuży zyska Mroczny Znak jako dowód swojej lojalności wobec mnie. To także przestroga dla was. Lord Voldemort nagradza wiernych, oddanych i bezwzględnych dla naszych wrogów, ale i karze głupców, którzy myślą, że potrafią przechytrzyć swojego pana. I to każe srogo, o czym przekonał się Severus Snape. – Czarny Pan na chwilę przerwał swoją przemowę i rozglądnął się po Wewnętrznym Kręgu patrząc jakie wrażenie sprawił na śmierciożercach. Każdy z nich miał wrażenie, że ich pan zagląda im w głąb serc i umysłów już sprawdzając ich wierność. – Susanne Snape, teraz pokażesz moim śmierciożercom czego cię dzisiaj nauczyłem. Jeśli się sprawdzisz to jeszcze dziś będziemy kontynuować twoją naukę.

Dziewczyna zwróciła uwagę na to jakie poruszenie wśród śmierciożerców sprawił fakt, że naucza ją sam Czarny Pan. W wielu oczach widocznych zza białych masek dostrzegła nutę zazdrości, a w niektórych nawet podziw, czego się zupełnie nie spodziewała. Teraz jednak wyszła z kręgu o krok do przodu i zwróciła się w stronę Voldemorta czekając na cel, który jej obiecał.

- Bella, byłaś bardzo ciekawa celu dzisiejszej wizyty Susanne, więc jako pierwsza go poznasz. Wyjdź na środek! – rozkazał, a Susanne uśmiechnęła się złośliwie. Mając taki cel jakoś nie miała nic przeciwko rzucaniu zaklęć niewybaczalnych.

Bellatrix stanęła po środku okręgu i zmierzyła swoją przeciwniczkę wrogim spojrzeniem. Nienawidziła tej dziewczyny jeszcze bardziej niż jej ojca, a to było dużym osiągnięciem. Nie wiedziała jakim sposobem ta mała zdzira wdarła się tak w łaski jej Pana. Chwyciła mocniej swoją różdżkę obiecując sobie, że choć nie wie czego ta dziewczynka się nauczyła, ale jej na pewno nie pokona. Ruch ten od razu zauważyła Susanne i przez chwilę się zastanawiała jak przechytrzyć śmierciożerczynię.

- Dalej! – pospieszył ich Czarny Pan. Wszyscy dookoła czekali z niecierpliwością.

Susanne uniosła swoją różdżkę i machnęła nią, niewerbalnie wysyłając w stronę przeciwniczki błysk jasnego światła. Tak jak się spodziewała Lestrange natychmiastowo rzuciła przed siebie tarczę, przez co na moment straciła Susanne z oczu, na co ta właśnie liczyła.

- Crucio! – wykrzyknęła nie czekając na nic więcej i skupiając się tylko na złych emocjach. Błysk światła, który wysłała w stronę Bellatrix rzeczywiście zatrzymał się na jej tarczy, ale Cruciatus z powodzeniem ją przebił sięgając celu. Starsza kobieta upadła na ziemię i zaczęła krzyczeć z bólu. Susanne nie od razu przerwała klątwę, przez chwilę napawając się wrzaskami. Jej czarne oczy jeszcze bardziej ściemniały, a pod maską pojawił się wyraz zawziętości. Wreszcie jednak odzyskała nad sobą panowanie i przerwała klątwę. Wróciła na swoje wcześniejsze miejsce, zostawiając po środku leżącą i dyszącą z bólu kobietę. Czarny Pan był zadowolony i wszyscy to widzieli.

- Bella chyba nie masz zamiaru tak leżeć i czekać, aż ta dziewczyna cię wykończy – zadrwił. – Od moich śmierciożerców oczekuję większej odporności na ból – warknął. To sprawiło, że Bella zaczęła podnosić się z ziemi. Voldemort natomiast odwrócił się w stronę Susanne i uniósł swoją różdżkę. Chwilę później ją również dosięgnął Cruciatus i choć powalił ją na ziemię, to po całym dzisiejszym dniu potrafiła już choć trochę odciąć się od bólu i od razu po zakończonej klątwie podniosła się stojąc prosto. I tylko krew lecącą jej z nosa pokazywała jak bardzo jej organizm jest wykończony po tylu torturujących klątwach, jakie ją dzisiaj dosięgnęły. – Tego właśnie oczekuję od swoich wiernych śmierciożerców – oznajmił patrząc się na stojącą dumnie Susanne. Po czym w ramach kary ponownie rzucił na Bellę klątwę torturującą. Tym razem kobieta wstała od razu i stanęła sztywno obok swojego męża. – Susanne zadowoliłaś mnie, więc będziemy kontynuować naukę – rozkazał, na co dziewczyna pokłoniła mu się. – Tym razem przyswoisz sobie Imperiusa – stwierdził z zadowoleniem.

Panna Snape przeklęła cicho pod nosem, stwierdzając w myślach, że jeśli tak dalej pójdzie to jutro będzie rzucała Avadami na prawo i lewo. Jednak nie okazując tego przed Czarnym Panem ponownie wystąpiła do przodu i czekała na dalszy ciąg.

- Draco, czas abyś wreszcie pokazał mi, że zasłużyłeś na to, aby nosić mój znak na swoim ciele. Wyjdź na środek – rozkazał. Susanne stała na razie spokojnie z opuszczoną różdżką i nadal czekała. Widziała, że młody Malfoy na lekko drżących nogach stanął przed nią, nie wiedząc do końca co go czeka. Voldemort w tym czasie ponownie stanął za Susanne, tak jak podczas ich dzisiejszej lekcji. – Znowu musisz tego chcieć – zaczął szeptać jej do ucha. – Musisz pragnąć tej władzy jaką daje ci ta klątwa, a wtedy zrobisz z nim co tylko będziesz chciała.

Susanne na moment zamknęła oczy i skupiła się chcąc poczuć rządzę władzy. I tym razem szybko to poczuła. Wreszcie pokaże temu dzieciakowi, że to, że jego starzy mają więcej kasy w dzisiejszym świecie nic nie znaczy. Za sobą czuła obecność Czarnego Pana, więc wiedziała, że musi zacząć działać. Otworzyła oczy i uniosła różdżkę.

- Imperio – powiedziała i w pełni skupiła się na Draconie. – Przyznaj, że kochasz szlamy i chciałbyś być jednym z nich, ale niestety twój ojciec jest nieudolnym i wiernym pieskiem Voldemorta – zaczęła powtarzać w myślach. Czuła opór blondyna, szczególnie, że kazała mu zrobić to o czym sam nigdy by nie pomyślał i co było niezgodne z jego wartościami. – Zrób to! Przyznaj, że kochasz szlamy, a twój ojciec to nieudacznik. No dalej zrób to! – cały czas przekonywała go w myślach. Widziała jak walczy, kilka razy otwierał i zamykał usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymywał. – Zrób to co ci każę – pomyślała z naciskiem i wreszcie coś się zaczęło dziać.

- Kocham szlamy – zaczął z zaciśniętymi ustami, jednak Susanne naparła na niego swoją mocą, aż wreszcie poczuła, że jest jej całkowicie uległy. – Uwielbiam je i sam chciałbym być jednym z nich, ale mój ojciec jest czysto krwistym nieudacznikiem i wiernym pieskiem Voldemorta – powtórzył pewnie to co rozkazała mu Susanne, na co wszyscy śmierciożercy wybuchnęli szyderczym śmiechem, dodatkowo patrząc na Malfoy’ów z politowaniem. Tylko Lucjusz wściekle patrzył na swojego syna, który dał się tak poniżyć, przy okazji poniżając także całą ich rodzinę.

- Widzę, że dałem ci zbyt słabego przeciwnika – zauważył Czarny Pan, gdy Susanne przerywała swoją klątwę. Draco otrząsnął się i zmierzył dziewczynę wrogim spojrzeniem. Wiedział, że teraz czeka go kara od ojca, i to wszystko przez nią. – Może ty, Lucjuszu pokażesz swojemu słabemu synowi jak przeciwstawić się tej klątwie? – zapytał z pogardą Voldemort. Nadal wściekły starszy Malfoy wyszedł na środek, po czym chwycił swojego syna za kark i pchnął go z powrotem do kręgu. – Susanne, zaczynaj!

Dziewczyna ponownie skupiła się i spojrzała blondwłosemu mężczyźnie w oczy. Wiedziała, że tym razem będzie trudniej. Rzuciła na niego klątwę, po czym rozkazała mu skakać na lewej nodze i udawać kurczaka. Czuła większy opór niż przy Draconie. Lucjusz Malfoy był zbyt dumny, aby poniżyć się do czegoś takiego. Jednak dziewczyna nie poddawała się. Kilka razy zauważyła, że mężczyźnie drga prawa noga jakby chciał ją unieść, jednak zawsze potrafił się opanować. Po ponad piętnastu minutach przerwała klątwę.

- Panie, on jest dużo silniejszy od swojego syna – oznajmiła.

- Poddajesz się? – Voldemort stanął przed nią i uniósł swoją różdżkę. – Wiesz co cię za to czeka – stwierdził i przytknął ją jej na wysokości serca. – Crucio! – Susanne ponownie upadła na ziemię krzycząc z bólu. Na szczęście tym razem Czarny Pan nie utrzymywał długo klątwy, więc po kilku minutach ponownie stała oddychając głośno. – Jeszcze raz!

I znowu ona rzuciła Imperiusa, a Lucjusz Malfoy przeciwstawiał się jej klątwie. Gdy po kolejnych kilku minutach nie było widać żadnych efektów, Czarny Pan nie czekał dłużej, tylko ponownie rzucił na dziewczynę klątwę torturującą. Po kolejnym „Jeszcze raz!” wypowiedzianym przez zniecierpliwionego Voldemorta, sytuacja się powtarzała. Trwało to kolejną godzinę, aż wreszcie, już zmęczona i zła na samą siebie, Susanne zawzięcie powtórzyła zaklęcie. Obiecała sobie, że wreszcie ten dumny mężczyzna jej się podda i ponownie rozkazała mu skakać na lewej nodze i udawać kurczaka. Coraz więcej mocy wysyłała w jego stronę, aż wreszcie po raz drugi poczuła tą władzę. Władzę nad kimś kto jej się w pełni oddał. Gdy mężczyzna zrobił to co mu kazała od razu przerwała klątwę.

- Nareszcie – warknął Voldemort i stanął przed nią, a Lucjusz dostał pozwolenie, aby wrócić na swoje miejsce. Czarny Pan skrzywił swoje usta w złośliwym uśmiechu, i Susanne wiedziała, że to jeszcze nie koniec. – A teraz to na mnie rzucisz tę klątwę – oznajmił. Wśród śmierciożerców dało słyszeć się szmer niedowierzania. Susanne przełknęła głośno ślinę. Nie sądziła, aby jej się udało, ale wiedziała, że musi podjąć się zadania. Tylko co mogła rozkazać Czarnemu Panu, aby nie uznał, że się wystarczająco nie postarała. Po chwili jednak do jej głowy wpadła śmiała myśl, i choć była pewna, że zostanie srogo ukarana to postanowiła ją zrealizować.

- Imperio – oznajmiła pewnie. – Uklękniesz przede mną i pokłonisz się swojej pani – pomyślała. Czuła dużo większy opór niż u Lucjusza. Czarny Pan miał dużo większą moc od chyba każdego znanego jej czarodzieja, i teraz właśnie poczuła to w pełni. – Uklęknij! Zrób to! – powtarzała w swojej głowie raz za razem. Naciskała swoją mocą, ale czuła, jak bardzo było to nieważne w porównaniu do mocy jej pana. Jednak nie poddawała się. Całe dziesięć minut walczyła, aby zyskać wadzę nad przeciwnikiem. Jednak Czarny Pan pokazał swoją moc i jako jedyny otrząsnął się spod Imperiusa, samemu go zwalczając. Susanne ciężko oddychając opuściła swoją różdżkę. Bez pozwolenia nie miała zamiaru próbować po raz kolejny.

- Wiesz, że mógłbym cię zabić za to co chciałaś, abym zrobił? – Czarny Pan odezwał się po kilku chwilach przypatrując jej się uważnie, a wszyscy śmierciożercy zaczęli się w jednej chwili zastanawiać do czego posunęła się ta dziewczyna

- Mój panie, choć naprawdę próbowałam sprawić, abyś uklęknął i pokłonił się przede mną, wiedziałam, że nie będę w stanie cię pokonać. – stwierdziła z pewnym siebie uśmiechem. Tym razem nie bała się, że spotka ją kara. – Panie, choć marzę o tym, aby mieć taką siłę, jaką ty masz, to wiem, że nigdy ci nie dorównam, ale obiecuję, że będę się starać, jeśli to cię zadowoli. – Po jej słowach zapadła cisza. Śmierciożercy oczekiwali, że spotka ją kara za jej śmiałość, ale ona nadal była pewna siebie. Wiedziała, że Czarny Pan nie chciał, aby jego słudzy wiedzieli do czego próbowała go zmusić, ale Susanne miała w tym swój cel. Chciała pokazać nie tylko śmierciożercom, ale i Lordowi Voldemortowi, że choć to on jest jej panem, i to ona jest zmuszona okazywać mu hołd, szacunek i poważanie, to się go nie boi. Chciała, aby wiedział, że jej oddanie nie jest spowodowane strachem.

- Koniec spotkania – oznajmił wreszcie Voldemort. – Susanne ty zostaniesz – rozkazał po czym spokojnie usiadł na swoim tronie. I choć wielu z nich spodziewało się wściekłości w jego głosie, usłyszeli tam tylko nutę zadowolenia. A Susanne już wiedziała, że osiągnęła swój cel. Gdy wreszcie wszyscy już wyszli Czarny Pan ponownie się odezwał. – Nie spodziewałem się tego, ale naprawdę mnie zadowalasz Susanne. Taka młoda, a tak przebiegła. – Zamilkł na chwilę, a Susanne nie odzywała się czekając na ciąg dalszy. – Przypominasz mi swojego ojca, w jego najlepszych czasach – oznajmił niemal z nostalgią. Jednak Susanne wiedziała, że akurat ten człowiek nie jest zdolny do odczuwania takich uczuć. – Nie zepsuj tego tak jak on, a zostaniesz sowicie nagrodzona przez Lorda Voldemorta.

- Panie zrobię wszystko, aby spełnić twoje wszystkie wymagania – obiecała kłaniając mu się. Zapadła cisza, a Susanne w jednej chwili uświadomiła sobie jak bardzo jest zmęczona. Jej organizm właśnie teraz dał jej znać, że niewiele jeszcze wytrzyma, więc postanowiła działać. – Panie, myślę, że powinnam już wrócić do Kwatery Zakonu. Teraz kiedy przebywa tam Potter, trudniej jest mi wymykać się stamtąd bez wzbudzania podejrzeń – wyjaśniła spokojnie.

- W takim razie rób co do ciebie należy – stwierdził, więc ona skierowała się w stronę drzwi wyjściowych, jednak przed wyjściem powstrzymał ją jeszcze głos mężczyzny. – Wezwę cię tu na naszą kolejną lekcję. W tym czasie masz dowiedzieć się wszystkiego o Potterze. Chcę znać jego każdy nawyk, wszystkie zachowania. Masz się dowiedzieć z kim się kontaktuje, kogo lubi, kogo nie, o której chodzi spać, co je. Wszystko!

- Oczywiście Panie. – Pokłoniła się i wyszła. Teraz już ostatnimi resztkami siły skierowała się do wyjścia z dworu. Marzyła już tylko o łóżku i spokojnym śnie. Jednak przed samą bramą zatrzymał ją kolejny głos.

- Jak mogłaś tak znieważyć mnie i moją rodzinę! – Tym razem usłyszała wściekły głos młodego Malfoya, który zagrodził jej dalszą drogę. Nie miała zamiaru z nim dyskutować, jednak teraz już nie miała siły nawet unieść różdżki, a co dopiero myśleć, że szybko go pokona.

- Nie wściekaj się. Dobrze wiesz, że musiałam zrobić to, aby zadowolić Czarnego Pana – warknęła. Chciała go odepchnąć, aby przejść przez tą cholerną bramę, jednak zakręciło jej się w głowie i zamiast to zrobić oparła się o jego ramię.

- Co ci jest? – zapytał ze strachem nie wiedząc co się dzieje. Susanne prychnęła pod nosem, ale postanowiła mu odpowiedzieć.

- A jak myślisz? Cały dzień byłam karmiona Cruciatusami naszego Pana, a to trochę męczy – warknęła cały czas trzymając go kurczowo.

- Powinnaś odpocząć. Zostań tu jeszcze tą noc. Moja matka ci pomoże – zaproponował widząc jej stan.

- Nie mogę – stwierdziła tylko. Wreszcie udało jej się opanować zawroty głowy, więc puściła go i nie mówiąc nic więcej ominęła go i ruszyła dalej. Sama nie wiedziała jakim sposobem była w stanie się teleportować i to bez rozszczepienia, ale wreszcie znalazła się na Grimmould Place 12. Tam zeszła z niej cała adrenalina, która trzymała ją w pionie, i widząc zdziwionego Pottera, który na jej widok zerwał się z kanapy, po prostu zemdlała.


***

Hej, z okazji walentynek wstawiam kolejny rozdział. Dla tych, którzy obchodzą to święto i dla tych, którzy omijają je szerokim łukiem życzę miłego wieczora.

Pozdrawiam,

AniaXXX